SuperPolska.pl - Gazeta internetowa,











Historia męczeństwa ks. O. Ludwika Wrodarczyka
Wspomnienie posłanki Barbary Dziuk o Proboszczu i Męczenniku który urodził się w Radzionkowie na Śląsku w 1907 a który został zamęczony i zamordowany przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu w 1943 roku. Obecnie toczy się Jego proces beatyfikacyjny.

Historia męczeństwa ks. O. Ludwika Wrodarczyka OMI towarzyszyła mi od najwcześniejszych lat. Był bratem mojej babci, która bardzo często o nim opowiadała. Rozmowy jednak, o naszym domowym męczenniku, musiały pozostać w czterech ścianach. W okresie PRL – u mogło to grozić poważnymi reperkusjami.

Dziś wiele faktów z życiorysu kapłana zostało ustalonych i udokumentowanych. Znam je dzięki relacji i pracy brata mojego ojca ks. Ludwika Kierasa oraz duchownych z radzionkowskiej parafii. Wiem, że Karol i Justyna Wrodarczykowie pobrali się 13 lipca 1903 r., że mama zajmowała się domem, że na świat przyszło trzynaścioro dzieci, i że ojciec zajmował się rolą, poza tym pracował w kopalni. Pobożność O. Ludwik Wrodarczyk OMI wyniósł z domu. Jego rodzice zbudowali w Radzionkowie (miasto na Śląsku), dom przy ulicy Sobieskiego 28. Czworo rodzeństwa O. Ludwika zmarło we wczesnym dzieciństwie.

Sam Ludwik Wrodarczyk urodził się w Radzionkowie 25 sierpnia 1907 roku, był drugim w kolejności dzieckiem. Rodzice byli pracowici i religijni. Ludwik był dzieckiem pobożnym i zrównoważonym. Widywano go często po lekcjach modlącego się w pobliskim kościele. Ma zaledwie 14 lat, kiedy wyznaje ojcu, że chce zostać kapłanem. Wstępuje do Niższego Seminarium Duchownego Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Droga wiedzie przez Krotoszyn, Lubliniec i Krobię.

W ważnym dla siebie roku 1926 zdaje maturę, rozpoczyna nowicjat w Markowicach k/Inowrocławia i żegna na zawsze ojca. W Dzień Matki Boskiej Zielnej, tj. 15 sierpnia, 1927 roku składa pierwszą profesją zakonną. Studia w Wyższym Seminarium Duchownym Oblatów w Obrze przerywa choroba. Przełożeni odsyłają go do domu. Rok później, znów wyjeżdża do Obry na dalsze studia i, co znamienne, 15 sierpnia 1930 r., składa wieczystą profesję.

Jest rok 1933 – O. Ludwik Wrodarczyk otrzymuje święcenia kapłańskie w Obrze z rąk Ks. Biskupa Dymka, kilka dni później odprawia Mszę świętą prymicyjną w kościele parafialnym w Radzionkowie.

W sierpniu 1934 zostaje wikarym – trafia do Kodnia nad Bugiem koło Terespola. Pisze do mamy: Znajduję się pod opieką naszej potężnej Matuchny Kodeńskiej. Tutaj mam być wikarym, ekonomem i nauczycielem religii w szkole. Pracy więc będzie dużo, ale Pan Bóg i Matka Boska Kodeńska pomogą, że się wywiążę z zadania dobrze". Dwa lata później przeniesiono go do Markowic, k/Inowrocławia (mieścił się tam nowicjat Polskiej Prowincji Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej). Po raz kolejny jest ekonomem domu zakonnego. Superiorem i mistrzem nowicjatu jest tam wtedy bł. O. Józefa Cebula - beatyfikowany 13 czerwca 1999 r.

W sierpniu 1939 roku, O. Ludwik Wrodarczyk zostaje mianowany administratorem nowo utworzonej parafii Okopy k/Rokitna, w diecezji łuckiej, w powiecie Sarny na Wołyniu wraz nim do Okopów mają się udać O. Antoni Matura i Br. Karola Dziemba. Do celu dotarli O. Ludwik Wrodarczyk i brat zakonny Karol Dziemba. Ojciec Matura wyruszył 11 września i nie dotarł, bo 17 września 1939 roku Armia Czerwona zajęła Okopy.

Parafia liczyła około tysiąca wiernych i posiadała własny drewniany kościół, obejmowała polskie wioski, które sąsiadowały z dużymi wioskami ukraińskimi. Pilnie potrzebowała własnych kapłanów. Teren był zacofany pod każdym względem - zarówno gospodarczym, jak i społecznym. Ludzie oświetlali domostwa łuczywem, chodzili w ubraniach przez siebie wytworzonych i w łapciach z łyka.

Nowa parafia powitała swojego proboszcza 29 sierpnia 1939 roku. Obaj oblaci mieszkają w domu kościelnego, a w 1942 r., plebania jest nadal niewykończona: „Mieszkamy we własnym domku jeszcze nie wykończonym. Naokoło las, a do miasta 20 km. Gdy jest dobra droga to za 2 niecałe godziny można tam zajechać, a gdy jest dobre błoto, to i 6 godzin za mało, ale w jedną stronę. Mamy tu piękny drewniany kościółek, jeszcze nie wymalowany. Ludzie uczęszczają na nabożeństwa, lecz nieraz były przeszkody albo wielkie mrozy do 33o Celsjusza albo wielkie błoto. Zima tego roku była bardzo ciężka" – czytamy w liście O. Ludwika w liście do rodziny.

Zacofanie objawiało się również sprawami związanymi z higieną i zdrowiem. Epidemie czerwonki pojawiały się corocznie, a świerzb, ospa i wszawica to była codzienność. Do tego wiosną do wielu domów zaglądał głód. O. Wrodarczyk oprócz posługi kapłańskiej musiał zatem parafianom nieść pomoc w chorobie, prowadząc jednocześnie działalność oświatową i wychowawczą. Leczył ich tym, co miał pod ręką – ziołami. Na pomoc duchownego mogli liczyć biedni, chorzy i niedołężni. Swoimi działaniami powstrzymał coroczną epidemię czerwonki. Uczył zielarstwa i nawoływał do zapobiegania chorobom, zdarzało mu się na kazaniach przypominać o obowiązku przegotowania wody przed jej spożyciem. Dla parafian sprowadzał nasiona i uczył parafian wprowadzać płodozmian. Sam uprawiał warzywa, zboża i zioła lecznicze. Pomagał chorym na duszy i ciele. Każdemu, kto o to prosił albo pomocy wymagał. Jednakowo Polakom, Ukraińcom, Rosjanom i Żydom.

W roku 1941, mimo trwającej wojny i okupacji O. Ludwik głosił w Wielkim Poście rekolekcje w Klesowie u księdza Antoniego Chomickiego, który wspominał: (…)Kiedy głosił rekolekcje, to przez niego przemawiała jakaś świętość, jakaś energia duchowa. W nim czuło się świętego i dobrego kapłana. Ludzie garnęli się do niego, jak do ojca.

W 1942 zapanował głód. Ludzie jedli wszystko, co wydawało się, że nadaje się do jedzenia. Tyfus i czerwonka zbierały żniwo – wtedy ksiądz-zielarz był jedynym ratunkiem dla chorych. W parafii chrzczono dorosłych, którzy ukrywali swoją wiarę (z powodu prześladowań politycznych). Na plebani przechowywano i udzielano pomocy uciekinierom żydowskim. Informacja o charyzmatycznej działalności O. Wrodarczyka docierała do Rosji. Polacy z terenów radzieckich odwiedzali kościół w Okopach. Szczególnie licznie przybyli na Pasterkę w 1941. O. Ludwik wybrał się wiosną 1942 r. w odwiedziny do nich na wschodnie Podole –ochrzcił wtedy kilka tysięcy osób, odwiedził z sakramentem ok. 500 chorych. Nawróconych przez O. Ludwika naliczono około 600. Po raz kolejny wierni z terenów rosyjskich przyszli do Okopów na odpust św. Jana Chrzciciela 24 czerwca 1943 r. Dołączyli do nich wierni z okolicznych parafii. Na odpuście w Okopach zaplanowano bierzmowanie dorosłych. Podczas tego wyjątkowego odpustu do sakramentu bierzmowania przystąpiło 6000 tysięcy wiernych, a do Komunii św. przystąpiło ok. 9000 tysięcy wiernych.

Był księdzem z powołania, żył sprawami swoich parafian, niósł im pomoc. W tych trudnych czasach zamiast odpoczywać po wyczerpującym dniu szedł do kościoła i modlił się nocami. Leżał krzyżem przed ołtarzem. Nieszczęść nie brakowało, to i powodów do modlitwy było bardzo dużo.

Wiosną 1943 r. pojawiło się widmo śmierci i prześladowań. Niemcy skutecznie rozpalali umiejętnie nienawiść pomiędzy Polakami i Ukraińcami. Partyzanci polscy w tym czasie zostali odwołani pod Żytomierz. Na Wołyniu rozpoczęła się rzeź. Okopy były bezbronne. Dwa razy atak band ukraińskich na polskie wioski został odparty, kolejny i najtragiczniejszy w skutkach, miał miejsce z 6 na 7 grudnia 1943.

Świadkowie zeznali, że tego dnia O. Wrodarczyk pisał nuty dla chóru kościelnego na Uroczystość Niepokalanego Poczęcia, a później razem z bratem zakonnym i staruszką, pomagającą w pracy na plebani, odmawiał Litanię Loretańską. Jeszcze pożegnał się z bratem zakonnym Karolem Dziembą i poszedł do kościoła. W kościele klęczał i leżał krzyżem przed ołtarzem, modlił się. O godz. 22.00 płonęły już pierwsze domy w Okopach, Dołhani i Borowskich Budkach podpalane przez bandy ukraińskie. Ludzie uciekli do lasu. Tamtej nocy zamordowano około 50 osób. Żołnierze UPA wtargnęli do kościoła. Dopadali o. Ludwika na stopniach ołtarza i zaczęli się znęcać nad bezbronnym proboszczem, na miejscu zamordowali dwie kobiety wstawiające się za nim. Banderowcy mieli zamiar spalić kościół, błagania O. Ludwika odwiodły ich od tego.

Za to zbeszcześcili kościół, obrabowali go i ograbili. Łupy i O. Ludwika powieźli do Karpiłówki. O ostatniej drodze O. Wrodarczyka istnieje świadectwo parafianina, Bronisława Janika, autora książki Niezwykły świadek wiary na Wołyniu 1939-1943 Ks. Ludwik Wrodarczyk, nauczyciela z Borowych Budek: Po wywiezieniu księdza samochodem z Karpiłówki do uroczyska Pałki, położonego w pobliżu kolejki wąskotorowej na linii Rokitno-Moczulanka, rozebranego do naga poddano nieludzkim torturom. (…)Widząc swą niechybną śmierć, męczennik poprosił oprawców o pozwolenie odmówienia modlitwy. Zezwoli wspaniałomyślnie. Uklęknąwszy na mchu, kapłan długo się modli. Po zakończeniu powiedział: "Jestem gotów". (…)Po bestialskim mordzie wrzucili go do dołu. Pierwszy i ostatni pierwszy i ostatni proboszcz w okopowskiej parafii, misjonarz oblat ks. Ludwik Wrodarczyk, zakończył swe poświęcone Bogu i Kościołowi młode trzydziestopięcioletnie życie". Zachowane świadectwa o okolicznościach jego śmierci nie zostały zweryfikowane - nie udało się odnaleźć kilku wiarygodnych świadków. Wersje są różne, wiemy, że na pewno zginął śmiercią męczeńską.

Wszystkie zabudowania ludności polskiej w Okopach spłonęły, a same Okopy dziś nie istnieją. Z tamtych czasów został cmentarz, założony przez O. Ludwika Wrodarczyka we wrześniu 1939 roku. Pochowano na nim m.in. pierwsze ofiary napaści sowieckiej z 17 września 1939 i pomordowanych nocą, z 6 na 7 grudnia 1943 r., mieszkańców parafii.

Niedawno postawiono na cmentarzu, staraniem ludności ukraińskiej, pomnik ku czci pomordowanych Polaków, w tym także pierwszego i ostatniego proboszcza Okopów O. Ludwika Wrodaczyka OMI, a ojcowie oblaci postawili, w miejscu jego śmierci, krzyż.

Ponieważ postać O. Ludwika nieustannie towarzyszy mi w życiu prywatnym i zawodowym, z mojej inicjatywy w gmachu Sejmu stanęła wystawa „Niedokończone msze wołyńskie”, gdzie jednym z 25 bohaterów był mój wujek. To jego męczeństwo mnie zobowiązało do wypełnienia, przynajmniej fragmentarycznie, kolejnej karty w martyrologium wschodnim i pozwoliło oddać hołd ofiarom poprzez przywrócenie ich pamięci zbiorowej. Podobnie jak O. Ludwik Wrodarczyk, mój wujek, bohaterowie tej wystawy nie mają do dziś ustalonych miejsc pochówku. Ich doczesne szczątki nie zostały z szacunkiem pochowane, a pamięć o nich i o wydarzeniach na Wołyniu skutecznie próbowano zatrzeć tak, że i dziś niewiele osób zna prawdę o tamtej tragedii. O. Ludwik swoją postawą budził powszechny szacunek u wiernych żyjących w bardzo ciężkich warunkach II wojny światowej. Pomoc otrzymywali od niego wszyscy – Polacy, Żydzi, Ukraińcy. Jego postawa została uhonorowana: za pomoc Żydom Instytut Yad Vashem nadał mu pośmiertnie medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, zaś decyzję o rozpoczęciu procesu beatyfikacyjnego podjął rzymskokatolicki episkopat Ukrainy, kierowany przez arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego. Ukraińska Konferencja Biskupia poparła starania o rozpoczęcie procesu, na 41. plenarnym posiedzeniu episkopatu w Berdyczowie w 2013 roku.

Od dzieciństwa znałam wielką cenę zapłaty za wierność Chrystusowi. Droga Sługi Bożego O. Ludwika Wrodarczyka OMI od domu do kościoła na Wołyniu była w pełni świadomą drogą do męczeństwa, była naśladowaniem Chrystusa - nie mam co do tego wątpliwości. Wtedy dla jego najbliższych współbraci zakonnych i wiernych nie było to tak oczywiste, chociaż otaczający go ludzie nie wahali się mówić o nim jak o świętym.

Ponieważ wierzę w Świętych obcowanie, jak długo pamiętam, byłam przekonana o obecności O. Ludwika w moim życiu. Z początku było to mgliste i dalekie, im bardziej dojrzewałam, tym mocniej odczuwałam Jego obecność w moich prywatnych i zawodowych wyborach. Jestem pewna, że zawdzięczam mu pomoc w wyborze męża, że kolejne dzieci, które przychodziły na świat, a mam ich czworo, są pod jego szczególną opieką, że uratował mi życie w chwili przyjścia na świat mojego najmłodszego syna – Pawełka. Wierzę, że towarzyszy mi w trudnych chwilach w pracy i w domu. Na pewno moje zaangażowanie polityczne, pozwalające mi pracować dla dobra ogółu, jest mi dane w spadku przez mojego prywatnego, domowego Świętego. Dane do zrealizowania, zadane do wykonania. Czuję jego wsparcie w każdej stresującej, politycznej walce o dobro. Wybory, których dokonuję każdego dnia, są wyborami na rzecz służby dla dobra mojej Ojczyzny. Myślę, że krótkie życie tego kapłana - bogate modlitwą i pracą na rzecz społeczności wołyńskiej, a zakończone tragicznie, przyniesie jeszcze bardzo wiele dobrych owoców.

Data dodania artykułu: 2017-10-11
Autor artykułu: Barbara Dziuk
























stat4u